Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 745 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rąbanie w głowę parapetu

sobota, 31 marca 2012 4:33

 

Nie wiem,czy da się bardziej nie spać. A przecież kupiłam sobie krem pod oczy, miał załatwić wszystkie problemy. Leje tak, że nie chcę o tym wiedzieć. Według pogody onet rano wcale nie przestanie. 

 

Bez histerii, nie jestem sama, rano będzie telefon, przyjadę po ciebie, nie możesz już moknąć tak długo. A będzie ze trzy lata, odkąd naprawdę zaczęłam. Ale, jak to klasyk śpiewa, You can get addicted to a certain kind of sadness.

 

A może i telefonu nie będzie, Wszystko zależy od koniunktury sprzyjającej wrogom deszczu, konstelacji sinego koziorożca i apetytu na herbatę.

 

Byleby tylko pani od pogody nie zapowiedziała, że tak będzie już zawsze. Wtedy musiałabym złożyć ubrania w kostkę, wykonać staranny makijaż i rozpocząć poszukiwanie życia na Marsie. A wszystko, co istotne skraplałoby się tymczasem w asfaltowych dziurach na wieki wieków.

 

E.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Białoruś. I co z tego...

wtorek, 27 marca 2012 22:26

 

Pomysł nie był trafiony. Oderwać się trochę od pracy, zobaczyć jakiegoś Nałoga. Wszystko super, ale poszłam z Gn. na jeden z filmów festiwalu Watch Docs, 10. Objazdowy Festiwal Filmowy Filmów Dokumentalnych, zawsze pod hasłem "Prawa człowieka"  (festiwal jest zresztą co roku w zimnej i zawsze nieprzyjemnej Chatce Żaka, gdzie zawsze dzieje się to, co ambitne, ale w warunkach, że pożal się Boże, przewidziałam, kurtki nie zostawiałam).  

 

"Białoruski sen".

 

No i co? Co ja zrobię, co to da, że się napatrzyłam i gryzłam palce z nerwów? Wszyscy wyszli z pełniejszą świadomością, no i co? Wszyscy z głowami zsunięymi w okolice żeber, noga za nogę, odpalając papierosy już w wyjściowych drzwiach.

 

To jest przecież... Przecież to rzut beretem w sumie, bliżej mi niż na Śląsk! Ale co z tego? Zawsze, po filmach traktujących o inkwizycjach, wojnach i stalinizmach, mówię sobie uff, ty szczęściaro, ale ci się piękny XXI trafił, nie ma co, dziękujmy, że nie urodzono nas wcześniej, alleluja, alleluja.

Teraz nie mogłam tak powiedzieć, właściwie zupelnie na poważnie chciało mi się beczeć. Mówię, ej, Gn., no i co z tego, że to widziałyśmy? Wzruszenie ramion. 

 

Ok, nie ma tortur, nie jest to Korea Północna, gdzie nie słyszeli o internecie i jedzą trawę. Co jest może i straszniejsze, oczywiście, że tak, ale dalsze, obce. A tu co? Zniknięcia, tajemnicze pobicia, a tapeta jak kiedyś u Babci. Strach, przebrani policjanci, nagle kogoś wyciągają z tłumu, a tłum nie daje, broni, siatkami, warzywami, kartoflami, obcasami. Tacy podobni. Takie zdziwienie. Odkrycie, że ja bym się bała. Ja bym łeb owinęła watą, trzy czapki włożyła, ale i tak na widok takiej tarczy i pały zaczęłabym zwiewać. A tam nie, stoją przed więzieniem, krzyczą, płaczą, zwłaszcza żony, te niesamowite żony.

 

Pomyślałam sobie, kiedy się to zmieni (a narrator filmu, białoruski chłopak, cały czas zadawał pytanie, nie kiedy, ale czy w ogóle, i czy istnieje jakiś limit pecha, chamstwa ze strony polityki i świata), to banda durniów będzie pewnie porównywać kogoś nowego do Łukaszenki, będzie wypisywać kometarze w Internecie i jak u nas, twierdzić, że premier jest jak Breżniew.

 

Potem zachciało mi się śmiać. I co z tego? Niech wypisują na jakiegoś premiera X, niech wspominają z sentymentem te paskudne czasy obecne, nieważne, byleby tylko były już historią, byleby nie było takich pobić, i zniknięć, i szantażu, że dziecko idzie do sierocińca i tak dalej, i tak dalej... Niech sobie wzdychaja, że nie o taką demokrację walczyli, byleby mogli spokojnie wzdychać, skoro lubią (skoro będą lubić).

 

A to, że zobaczyłam te sceny (tzn. każdy widział jakąś ich część, w Święta 2010 bodajże, między innymi wiadomościami, że Kaczyński powiedział, że Tusk to KGB, a na przykład w zoo w Zgorzelcu czy innym Kluczborku urodziło się wyjątkowo wielkie cielę żyrafy) nic nie zmienia, nic mi nie daje. "Nie ma cudów - powiedziała Gn. - tam jest tylko błoto". No więc właśnie. Jak sami się nie zbiorą, nic im nie pomoże z moją świadomością włącznie. A nie zbiorą, bo tej świadomości nie mają, filmu nie widzieli. A jeden Mińsk nie czyni Białorusi.

 

I przepraszam za nielogiczny, beznamiętny wywód, po prostu wyjątkowo głupio.

 

 

"Wiele upłynęło dni, dni bez mojego udziału".  Adekwatnie.

 

 

Ps. Jest film!

 

 

I znowu chce mi się tupać i krzyczeć, bo jest tam komentarz jakiegoś idioty: "Tak moi drodzy, pójdźcie "drogą Polski" to stracicie wszystko". Życzę mu, żeby się tam obudził...

 

E.

 

 


komentarze (5) | dodaj komentarz

"Kiedyż w końcu zacumuję" czyli na balkonie zamiast na falochronie

sobota, 24 marca 2012 22:47

 

Przerwa w pracy, balkon, gwiazdy, kurtka, czapka, herbata z miodem. Nie wiem, po co. Coś wyrywa mnie przynajmniej tam, na chwilę. Skoro nie mogę być w lepszym miejscu.

 

 

"Tyle razy stąd uciekałem, i powracałem razy sto,

pytam się sam, czy rację miałem, choć dobrze wiem, że to był błąd

Późną nocą na bulwarze, na falochronie siedzę sam

Trochę wspominam, trochę marzę, całą noc dla siebie mam"

 

 

Fajnie. Ja nie mam całej nocy.

 

 

  

 

E.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Miasto Poezji plus mleko matki

środa, 21 marca 2012 19:09

 

Miastu Poezji w Lublinie jestem dużo winna, dużo, bo nie wierzyłam w ten festiwal te kilka lat temu i czasem się to mści, bo jest baaardzo fajny. Ale mniejsza z tym. Akcji mają (mamy?) wtedy wiele, między innymi ozdabianie lubelskich liceów tekstami poetyckimi, jedno liceum na jeden rok, na przykład:

 

1. Słynna Unia z Ryszardem Krynickim (którego zbiór właśnie zakupiłam, by nadrabiać braki)

 

 

2. Moja kochana Piątka moja, mia amore i Julia Hartwig:

 

 

I teraz tak - nastapiła wiosna, to wiemy. W niedziele nastąpiło apogeum jej nastąpienia. I kiedy spacer wypadł nam ulicą Ogrodową (śliczna ta ulica i jak wygram w totka, tam sobie kupię mieszkanie na ostatnim piętrze super kamiennicy i będę Wam machać z radością i zapraszać na kawę), to mnie aż zatkało z oburzenia i lęku, że nie zauważyłam wcześniej, że TAM TEŻ JEST. I pomyślałam, no pewnie, w czasie festiwalu zdobywałam Ciemniak na Czerwonych Wierchach i kaleczyłam sobie stopy butami górskimi kupionymi na raty... (niech będzie przeklęty Alpinus albo moja pięta, jedno z nich było na pewno niewymiarowe).

 

Zatrzymaliśmy się, czytam. I tak na ulicy, jednak nie samemu, to wzruszyć się kicha... No ale niepokoił mnie ten tekst, drażnił, chciał jeszcze raz być przeczytany. A na Ogrodową w wersji spacerowej było już nie po drodze. Zapamiętałam, że Różycki Tomasz, że przykładał twarz do ziemi, wiedziałam, o co chodziło, ale musiałam wywołać z głowy frazy. Mrówki, mapy, na Ukrainę. Z pomocą siłą woli i googli znalazłam. Brzmi tak:

 

 

SPALONE MAPY

Tomasz Różycki

 

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec

i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki

krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy

schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej

 

niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie

o ślady po nich, ale rosły trawy, liście

i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,

twarzą do ziemi i mówiłem to zaklęcie -

 

możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała

się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała

ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły

latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,

 

mówiłem tak do ziemi i czułem, jak rośnie

trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.

 

 

Wygląda tak (jakbym najpierw zdjęcie znalazła, bym się tak nie męczyła...):

 

 

I działa na mnie coraz bardziej. To coś... Ok, to będzie głupie porównanie. Wyobraziłam sobie, że oto jestem wspaniałym tłumaczem. Tłumaczę na angielski i francuski, dowiaduje się o tym wierszu świat od Toronto przez Karolinę Południową do królowej Elżbiety. No i? Poezją za granicą nie zajmuja się ludzie nierozumiejący, więc zrozumieją. Ale samo zrozumienie nie wyczerpuje sytuacji spalonych map.

To tak jak wtedy (tu właśnie moment głupiego porównania), gdy nocowałyśmy z K. na niemieckim lotnisku, zamknięte w tej specjalnej toalecie, gdzie można przewijać dziecko, z kiepską perspektywą szybkiego powortu do domu, bo tak zwany tani lot miał być dopiero za trzy dni, a my... No dobra, mniejsza z tym. Ale spałyśmy na podłodze, na ciuchach. Noc. I nagle rąbanie do drzwi i wrzaski po niemiecku.

Ja się nie przestraszyłam wtedy, że ktoś na nas wrzeszczy, że ktoś chce nas wywalić, że pali sie lotnisko. Ja się przestraszyłam niemieckiego. No dobra, przesadą byłoby, że omal nie wrzasnęłam nocą kolbami do drzwi łomoca, bagnet na broń, trzeba krwi, ale coś nieokreślonego, mimo wszystko...

 

Dlatego te spalone mapy, to wołanie "wyjdźcie", ta trawa, ci bliscy. Jeden wielki dreszcz. Nie moja, bolesna pamięć.  

 

E.

 


komentarze (6) | dodaj komentarz

W góry, w góry bez Stachury

sobota, 17 marca 2012 16:43

 

Stare Dobre Małżeństwo, zespół muzyczny, to coś, z czego - w moim mniemaniu - wyrasta się. W autobusie zaczął po głowie chodzić mi ich kawałek, za którym wyjątkowo przepadam. Dzieje się tam tyle rzeczy! Żebrak się zadławia, Panna Anna tka pończochę i masę innych, oblizuję wargi, tak... Obawiam się nawet, że zaczęłam nucić.

 

 

I od razu refleksja - Stare Dobre... nie, chyba nie. Tekst Leśmiana - ło rany, taak, cztery razy tak!

 

Ale właściwie: czemu nie? Ano dlatego: kiedy w liceum chadzałam po górach, bywali ze mną tacy, który dzielili ludzi na dwie kategorie. Na tych, który chadzają po górach i słuchają SDM, bo kochają Stachurę, poezję, są wrażliwi oraz widzą rzeczy jaśniej, głębiej i dosadniej oraz na tych drugich, oglądających seriale i nie lubiących poezji i, wychodzi na to, że przy okazji i powietrza (sic).  

 

I kiedy mnie minął - całe szczęście szybko - Stachura i SDM, bo w estetyce tej za dużo wzlatająych skowronków, dźbeł trawy, Boga w niebie chwały i święcenia wiatrem, to mam ochotę pójść w góry specjalnie bez jego ogona. Góry to nie śpiewnik. Widzę, jak wiosną cieszą się wszyscy. Jak sklepowe stają na papierosie o tę minutę dłużej. I wyobrażam sobie alkoholików i degenartów, samolubów, rozwodników, wrogów muzyki, wrogów literatury, mięśniaków, Gołotę i innych, którzy idą sobie, ptaszki ćwierkają, a oni nie muszą się snobować, po prostu im fajnie, mrukną sobie, o ka, ale fajnie.

 

Marzy mi się trzydniowa wycieczka. Bez "ekipy" (w cudzymsłowie, bo to jak "paczka"). Bez udawania, że powietrze górskie jest nie "przyjemne", ale "święte". Bez Stachury, którego traktuję nie jak Stachurę samego w sobie, ale jak symbol tego, czego nie chcę.

 

Zastanawiam się, czy w ogóle to jest zrozumiałe. Ten sprzeciw wobec zawłaszczania. Zwłaszcza powietrza.

 

E.  


komentarze (1) | dodaj komentarz

 123  »

piątek, 18 maja 2012

Licznik odwiedzin:  41 067 (wersja testowa)