Wyjdźmy od punktu wyjścia i napiszmy sobie wszyscy na czołach, że jest zupełnie inaczej niż myślisz. Samotność jest już nudna, potrzeba jej przekraczania zawęża się do małej piąstki. Pewnie, opowiem Wam to i owo, a Wy mnie. Niczego nawzajem w sobie nie zrozumiemy. Idzie przywyknąć.
Przyjechałam do Sanoka w piątek, kiedy się ściemniało. Plecak był całkiem lekki, w dworcowej serwowali leczo z serdelkami, ale wydawało mi się to przestępstwem, za blisko do miasta, za blisko do minionego czwartku na takie ekscesy. Rok temu ukradli mi tu śpiwór, przypomniałam sobie. Babcia klozetowa wyglądała, jakby nic takiego się tu wtedy nie zdarzyło. Nie chciało mi się jej przypominać, mogła się zmienić przez ten rok i naprawdę nie mieć z moim śpiworem nic wspólnego.
"Mogła się zmienić przez ten rok" - ale dowcip.
Sklepowa się nie zmieniła, Sklepowy nie zmienił podkoszulka. Mogłam zobaczyć to dopiero w sobotę, bo w piątek jechałam z Elfką i jej elfim mężem po wertepach bieszczadzkich, na długich światłach. "Mam tatuaż", powiedziała Elfka i odsłoniła kar z różą wiatrów. "Mam dżem i wino własnej roboty, włożę ci do plecaka", mówiła dalej, nie zadając idiotycznego pytania co słychać, a ja mierzyłam dalekość światła od drogi.
Komendant wyszedł nam na spotkanie z latarką na głowie, oni wszyscy tak mają, tylko ja nigdy nie kupiłam sobie tego ekstrawanckiego cacka i uderzałam czołem o blachę przyczepy i inne daszki. Nie ma światła, jest ognisko. Podchodzę tak, jak do oswojonego psa. "To jest właśnie E.", mówi Pan R.
Tak, to ja, odpowiadam, jechałam pół Polski napić się z wami wódki.
Poza mną są tu obcy. Okazuje się, że pracowali na obozach zanim ja się pojawiłam w świecie. W tym świecie. Nie obchodzi mnie to, myślę, początek ery był dwanaście lat temu i nikt tego nie zmieni. Jest też małżeństwo Karłów, ale mam nad nimi tę przewagę, że nie muszę ich słuchać.
Cześć Matka, cześć Córeczko, ściskamy się, co u ciebie, pyta, raz na wozie raz pod wozem, mówię i tyle jest odpowiedzi, właśnie dokładnie tyle, ile trzeba. Jesteś choć trochę szczęśliwa? Bywam. No to super. I szczyty elokwencji zamykają się, siadamy i mamy ważniejsze sprawy, na przykład milczenie na temat ewentualnego szczęścia.
"A pamiętasz E.", pyta Pan R., "brydża"? No pewnie, ha, ha, to jest taki kod. On pyta, czy pamiętam brydża, ja odpowiadam, że tak, a potem muszę wypowiedzieć swoją kwestię - "Pamiętacie imprezę na górce?". HA HA HA, opowiadają obcym o imprezie na górce. A potem tylko gitara i coraz zimniej i zimniej, zapadam się w brak krwi i powietrza, muszę odejść, owinąć się wełną i bawełną, włożyć głowę między biust i zwolnić metabolizm, gapiąc się w czerń. Śpię krótko, budzi mnie Słońce.
Elfa stoi w kostiumie. Jesteś piękna, mówię i mam ochotę ją pocałować w czoło. Patrzę, jak pływają. Słucham, jak dziwią się, że ja nie pływam. Tłumaczę, że sezon kończę 31 sierpnia i kropka.
Idziemy na łodki. "E. do steru", komenda, rozkaz, ja wiem...? No trudno. Żagle dwa razy stają mi w łopocie, jak to nad Soliną, wiatr wali łbem o skaly i dupa blada, nie wiesz, jak płynąć. Pan R. bierze ster, robimy pełne sukcesu podchodzenie do jabłek, które są na drugiej łódce.
Mand. opowiada o Indochinach, jest śmiertelnie poważnym wariatem, mam ochotę pogłaskać go po krzywym nosie i powiedzieć, żeby się nie martwił, że jakby co dostałam już za swoje i z życiem jestesmy kwita.
Elfka czesze mi włosy nad samym jeziorem. Czeka nas jeszcze bigos, wyprawa z Matką na grzyby, babska rozmowa z żulem, który wlepia we mnie wzrok mówiąc, niech pani się nie martwi, wszystko będzie dobrze. Odganiamy żula. Pomagają nam inni żule. Mówią, że on nie jest z Zawozu, żebyśmy u siebie nie mówili, że w Zawozie tacy są. Obiecujemy.
Idziemy na górkę, Elfy mają latawiec. Siadam na łące koło końskiej kupy i patrzę, jak między obłoczkami z photoshopa lata czerwono-żółta płachta. "Kupiliśmy ten latawiec w Holandii, drogi był", mówi elfi mąż, skręcając tytoń z własnego ogródka.
Nie pytam "po co?", byłoby to idiotyczne. Częstuję się tytoniem, co mi tam, papierek lepi się do ust, jeszcze trochę i splunę, siądę w kupę i zażądam kartofli i kaszanki. Ale schodzimy na dół, zbliża się wieczór. Nakładam spodnie narciarskie Matki. Ognisko już jest. Gotujemy wino, dodajemy do niego pomarańczowego dżemu z imbirem. Droga do przyczepy taka jak wczoraj. Tylko zasypiam oporniej, wydaje mi się, że świat nade mną śmieje się, ha, ha, ha, nigdy nie będzie, jak dawniej, będzie tylko później.
Pożegnanie - celebracja. Uśmiecham się, do kogo trzeba. Zabieram się z Elfami. Dobra podróż powrotna, choć nieefektywna, spóźniona. Jemy obiad w knajpie, gdzie pierogi sztuk dziesięć kosztują 5,50, a pstrąg 4,50 za 100g, za trzy obiady i napoje niecałe 25zł. Będę tu przyjeżdżać popołudniami, myślę sobie i bawi mnie to, że tak pomyślałam.
"Typów ludzkich nie jest nieograniczona ilość", mówi mąż elfi, "każdego, kogo spotykam, porównuję do kogoś, kogo znam. Jesteś jak moja koleżanka Olka". To bzdura, nie zgadzam się, kłócę sie, jestem tylko sobą, mam własną nieprzekraczalną barierę i nieprawda. Ale on upiera się. "Matka", dodaje, "jest jak mój przyjaciel z dzieciństwa. Dlatego ją lubię stamtąd najbardziej". Dostajemy kretyńskiego humoru. Jeszcze w autobusie do Lublina mam napiętą skórę twarzy.
I będzie jeszcze wiele weekendów z nitkami Słońca, tylko "czy nam zimy wynagordzi letnich ognisk dym-dym-dym"?
Na razie stoję po kostki we mgle. Odhaczyć Wrocław, zająć się teraźniejszością, zmienić tylko włosy, płytkę paznokcia. I brnąć w to, czego jeszcze nie było, tylko spokojnie, bez nacisków na wydumane potrzeby. Urządzić po swojemu kawał świata, zbratać się z nim etcetera...
E.
Obudziłam się właśnie po półtoragodzinnej drzemce, przypomniałam sobie o weekendzie i stwierdziłam, że świat nie jest jednak taki zły.
Pani Doktor nie będzie wprawdzie, ale moja Elficzka Połowicza jesss... Rozpalimy ognisko, zjemy mięso, grzanki z czosnkiem, wypijemy trochę wódki i tra la la.
W ostatnich latach wszystko się pomieszało i okazało, że do oddychania nie potrzebuję aż tak wiele, a poza tym nowi ludzie nie są tacy najgorsi i też dają się umieścić w hierarchii.
Niemniej, kapitan w niebo wlepia wzrok, ruszamy lada dzień.
I moja ukochana: będę musiała prosić, a Pan R. będzie udawał, że nie ma ochoty tego zaśpiewać, a mnie będzie gryzł dym w oczy, bo przy tym gryzie zawsze, i wszyscy się zdziwią, że minęło... dwanaście lat.
A dla pozostających w domu:
E.
" - Nie ma nadziei na przyszłość - oświadczył Śmierć
- Więc co nas tam czeka?
- Ja.
- Ale poza tobą?
Śmierć spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Słucham?
Sztorm nad nimi osiągnął szczyt. Jakaś mewa przeleciała obok nich, tyłem.
- Chciałem powiedzieć - wyjaśnił z goryczą Ipslore - że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
- Koty - stwierdził w końcu. - Koty są miłe. "
E.
W Warszawie jest dużo pieniędzy, fajnie zlokalizowanych mieszkań, w których chce się mieszkać, potraw, które chciałoby się jadać i innych cudów. Ale ja za każdym razem tutaj najmocniej, najstaranniej przypominam sobie, że chcę być biedna, nie tak dosłownie, bo chcę mieć pensję i wakacje, i kota, i kilka par butów więcej. Plus kalendarz na każdy dzień z wypisanymi terminami tego i owego z teatrami i wypadem w Bieszczady włącznie, chcę pachnące książki, drobne na drobne prezenty, kożuch na zimę, ciepło na co dzień.
A jak jeszcze będzie to opatulone moim ulubionym kocem, to w ogóle tylko piszczeć z radochy.
E.
piątek, 18 maja 2012
Licznik odwiedzin: 41 067 (wersja testowa)
| « wrzesień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | |||
| 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 |
| 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 |
| 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 |
| 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | ||
spacje24@wp.pl