Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 745 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

moje Wy :*

poniedziałek, 30 stycznia 2012 21:40

 

Kręgosłup odpoczął od siedzenia przy komputerze. Kościec się wzmocnił białkiem, oto nasze białko:

 

 

Była też jajecznica. Wiem, wiem. Powinnam opisać wydarzenia kulturalne miasta, albo zrecenzować jakąś książkę. Ale po dniach ślęczenia najważniejsza była Nałogowa sobota, która, co widać po obrazku, przedłużyła się do niedzieli, kiedy wracając z piwa grzanego z miasta, tańczyliśmy na deptaku do Scatmana, bo grał akurat z jakiegoś upioronego głośnika, a nie tańczyć grzech, przy minus szesnastu, po tygodniu roboty różnorodnej. Czułam się jak obezwładnione kombinezonem dziecko na sankach, wyglądaliśmy głupio, zwłaszcza ja w wielkiej czapie i Łuki w kapturze z jenota, ale kiedy już obudziliśmy się na następny dzień, kawa na obrazku powyżej zdopingowała nas do wyobrażenia sobie, jak by to było, gdyby ludzie mieli w genach pamięć przodków o wcześniejszych wydarzeniach. Co ci się dziś śniło? Hołd pruski. A tobie? Obrady okrągłego stołu. A ja miałem koszmar! Targowica!

 

I łazi mi Kult po głowie (a propos, znając Kazika, on powinien wspierać ACTA, nie wiem, jak to tam..), że ani lepszy ani gorszy, wyjątkowy nie bylem, czym sobie na ciebie zasłużyłem. A raczej na Was, na Was.

 

E.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Yhm...

sobota, 28 stycznia 2012 10:57

 

Na fejsbuku taka zabawa była, otwórz pierwszą książkę, która rzuci ci się w oczy, na 45 stronie. Pierwsze zdanie opisze twoje pożycie seksualne w roku 2012. No to otwieram i zaklaskałam z radości, bo spodziewałam się zdania typu "Alina weszła do sklepu", a przeczytałam...

 

"Nie wierzę w nieznajomych przybłędów, którzy zadają sobie tyle trudu".

 

Lepsze niż kurczak, co mi z wosku na Andrzejki wyszedł.

 

E.


komentarze (7) | dodaj komentarz

O pracy w domu

czwartek, 26 stycznia 2012 17:55

 

- Zmywamy cały makijaż? - pyta kosmetyczka przed przystąpieniem do czynności właściwej.

- A tak, tak. Mnie niepotrzebny. Jest 11, już się dzień na mieście dla mnie skończył.

- Ależ ja pani zazdroszczę... Fajnie tak.

 

Hm... Czyżby? Dajmy na to kilka ostatnich dni. Dzwoni budzik. Ja wiem, że nic mi się nie stanie, jak nie wstanę. Ale wyrzuty sumienia gryzą mnie w mostek. Więc wstaję. Wtorek-środa-czwartek. We wtorek i środę nie wychodzę, teoretycznie. Nie da się nie wychodzić, bo zakupy nie zapukają do moich drzwi i nie rozłoży się przede mną zachęcająco kiszona kapusta.

 

Niemniej. Wtorek. Wstaję, wyrzuty sumienia. Kawa, herbata, śniadanie, druga kawa, sprawdzanie poczty i fejsbuka, o, jakie ładne słońce, siadam, próbuję coś robić, dupa. Upewniam się w kalendarzu, czy robię to, co zamierzałam. Wszystkie artykuły na styczeń odfajkowane, jestem z siebie dumna, ale już zaczynam myśleć o lutowych. A może by tak... Nie, nie, lutowe napiszę w lutym, teraz meritum. Siadam. Pstrykam palcami. Piszę kilka zdań. Coś mi nie gra. Siadam na łózku, doczytuję. Zaczyna mi się chcieć spać, więc siadam znowu na krześle. Herbata, orzeszki, suszone śliwki. Piszę. Telefon. Czy nie miałam zamiaru kupić sobie stanika, no miałam, ale dopiero 14 godzina jest. Co tam, ubieram się, telefon, korepetytantka. "Nie zobaczymy się w weekend, a ja mam trudną pracę domową", słyszę. Czy mogę przyjechać. Mogę. Reorganizuję kalendarz i dziś przepisuję na jutro, a pojutrze na przedwczoraj. Telefon. Swedka. E., jestem w Polsce, wpadnę do ciebie jutro na kawę o 11. Ależ oczywiście. Kalendarz, zmieniam środę 11 na środę 14. Idę po biustonosz. A potem pomóc w trudnej pracy domowej, której trudność polega na tym, że trzeba coś znaleźć w strasznie grubym podręczniku, a ludzie w okolicach 18 roku życia nie wiedzą, że zagląda się wtedy do skorowidzu, względnie do spisu treści. Inkasuję swoją działkę, bo praca zajęła nam półtorej godziny, przy okazji zostałam poinstruowana przez uczennicę jak dbać o paznokcie.

 

Wracam, zmęczona jestem, ale twarda, nie kładę się. Biorę książkę, czytam. Po godzinie zaglądam z obrzydzeniem do artykułu po angielsku. Piszę kilka zdań. Potykam się o "Ziarno prawdy". Cholera, prokurator Teodor Szacki został przeze mnie zaniedbany. Gotuję sobie kakao z miodem i sprawdzam, czy Szacki już złapał mordercę. Nie złapał, a ja po 30 stronach z żalem odkładam książkę fajną i wracam do książki właściwej. Piszę kilka zdań. Znów coś mi nie gra, doczytuję. Matko jedyna... Idę na basen (mam jakieś 7 minut drogi), wracam. Kładę się, telepię, włączam farelkę, myślę o rachunku za prąd i o Szackim. Przeklinam. Jaki Szacki, skoro o indywidualizmie społecznym mam czytać. Czytam o indywidualizmie. Wszystko mi znowu kołacze i łazi po głowie jak krwinki po krwi, a robaki nie powiem po czym, z miejsca na miejsce, migają ostrzegawcze lampki, wrzesień, wrzesień, wrzesień, ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie. Łykam swoje super zioła na sen (Mamusiu, dziękuję), kładę się.

 

Środa. Budzik. Nienawidzę cię mała cholero, myślę, ale wstaję, robię zakupy, co by sobie potem tyłka nie zawracać. Przychodzi Swedka, co w Szewcji Niemca poznała i tylem ją widziała (ale za to wspomnienie wizyty w Szewcji hen na północ, hen, gdzie nawet kruki są białe, anno domini 2008 zostanie na całe życie, no i czasem, jak widać, zawita). Pijemy kawę. U mnie to, a u mnie to. U mnie dobrze, u mnie też. Dowiaduję się, że pieniądze z miasta dostałam. Cieszę się, a potem trochę mnie przygasza, bo okazuje się, że kwotę netto brałam za brutto. Siadam, piszę kilka zdań. Siadm, piszę kilka zdań, siadam... Słońce. Piękne, piękne, żółte słońce. Nie odpuszczę, myślę, wstaję, idę, cieszę się, podskakuję jak narwany wróbel, a głęboko w de mam cię wrześniu tajemniczy, zdążę to zdążę, nie zdążę, to nie zdążę, tra la la.

 

Patrzę w kalendarz. Oj, powinnam się zająć tym i tym. Czytam, Nic nie kumam. Czytam do wieczora. Chce mi się płakać, odkładam, biorę książkę do francuskiego. O! Tu są zasady, zaimki i przyimki, wiadomo, o co chodzi, nareszcie. I odpowiedzi z tyłu książki. Robię kilka ćwiczeń, wieczór. Noc. Głupie sny, ale dobra noc, bez nalewki.   

 

Budzę się przed szóstą samoistnie, ale zasypiam o 6.55, a o 7.00 budzik. Nie mogę zakląć. Wstaję. Idę na kurs. Ogólny pomór, bo uczestnicy to studenci i mają sesję, albo ci, którzy właśnie są chorzy. No to Pan Nauczyciel de Francais puszcza film, oglądam sobie film i pije kawkę, fajny kurs. Potem znowu nie mogę i nie rozumiem, tego, co czytam, potem szybka kawa na mieście, potem znowu do siebie, zimno, że szlag by trafił, piszę kilka zdań. Robię sobie czerwony barszcz. Przerywam, muszę zapisać rozmowę z kosmetyczką, bo pomyślałam, że nie wie kobieta, jakie ma szczęście, że kończy prace o godzinie x. Mój zapis rozrasta się tymczasem, co widać, słychać i czuć...

 

Przełamuję się, wracam do pracy (czyli do innego pliku), także pa pa. Jutro nie wychodzę nigdzie. Nnnno, przynajmniej do wieczora. Uhg.

 

E.


komentarze (8) | dodaj komentarz

Zamiast usprawiedliwienia

wtorek, 24 stycznia 2012 11:35

 

Cieszy mnie zainteresowanie wpisem o zimie, bo oznacza, że nie tylko ja wariuję. Pomyślałam, że poza wskazanymi mi pomysłami (♥♥♥), jak się przed nią bronić, dobre są też metody na klasyka.  

 

Metoda na Ildefonsa Konstantego:

 

"Aktualnie jeszcze zima - jakże nie lubimy zim!

Nasze zmysły w karbach trzyma i rozkwitnąć nie da im.

Ba! - przez całą Europę - "zimno" krzyczy dziad i wnuk

I zawieszam się jak sopel pod okapem twoich nóg"

 

Metoda "nie gadaj tyle" a la Bolesław Leśmian:

 

"Trzeba teraz w śnieg uwierzyć

I tym śniegiem się ośnieżyć —

I ocienić się tym cieniem,

I pomilczeć tym milczeniem."

 

Metoda egzystencjalna na Alberta Camusa (czyli "zmień postawę"):

 

"Dopiero w samym środku zimy przekonałem się, że noszę w sobie niepokonane lato"

 

Metoda na Kaczmarskiego, czyli niezależnie, jak się ją nazwie, się czuje to samo, co on, bo się bo kochało namiętnie, acz platonicznie.

 

"Bo za oknem śnieżyca, chichoty i wycie,
Przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie -
Pamiętamy, co było...
Więc wiemy, co będzie."

 

Metoda deterministyczna, a la Bareja (z "Misia"):

 

"Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno!"

 

Amen. Zabijmy zimę sztuką.

 

E.


komentarze (2) | dodaj komentarz

Listy

niedziela, 22 stycznia 2012 14:48

 

Nie będę powtarzać się z tematem, tu i ówdzie huczy o "liście faszystów", jaką sporządziła Antifa. To mój pierwszy w życiu rysunek satyryczny, więc proszę o wyrozumiałość. Po prostu zastanowiło mnie, czy moja bohaterka znalazłaby się na liście rasistów...

 

 

E.

 

Ps. Listy z założenia są złe, wszystkie, poza listami obecności. Lista to tylko trochę znaków graficznych. Osobowości, motywów, okoliczności, historii i interpretacji na listach nie ma. Ani na liście "kto faszysta", ani "kto TW", ani "kto zoofil". Jeny, jak ja nie lubię ludzi z twardym łbem...

 

Uzupełnienie: a swoją drogą... przy okazji zdjęcie z sieci, które uwielbiam, czyli Pani, która NAPRAWDĘ wiedziała co to faszyzm i przyłożyła parasolką faszyście, a nie sprawdziła w sieci, czy zdaniem kogoś faszystką nie jest aby jej sąsiadka:

 

A woman attacks a nazi in a nazist demonstration in Växjö, 1985 (Sweden). She was a Polish woman who had been in a concentration camp during the second world war. Minutes later, thousands of anti-nazists chased the nazists away.

 

 

Bo faszyzm powinien zawsze i wszędzie być zabroniony. Tak jak i jego metody. A sporządzanie listy to właśnie jedna z metod.


komentarze (4) | dodaj komentarz

 123  »

piątek, 18 maja 2012

Licznik odwiedzin:  41 067 (wersja testowa)