Bloog Wirtualna Polska
Są 925 672 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mieć nazwisko, mieć nazwisko sławne, hej!

poniedziałek, 20 lutego 2012 17:25

 

Sieć atakuje nas filmem "Sponsoring". Dyskusje, promocje, kontrowersje, Szumowska tu, Szumowska tam. No i jakby cóż, dobrze. Gdyby nie jedna rzecz...

 

Moja serdeczna, bardzo serdeczna koleżanka napisała książkę o tytule "Sponsorowana". Jak dla mnie - super rzecz, wartko napisana, wnikliwa. Wydano, trochę sprzedawano, nie najgorzej zresztą, ale i bez szału, recenzje były bardzo dobre.

 

Problem polegał na tym, że, jak każdy twórca, A. chciała się wypromować. I wszystkie "Wysokie Obcasy" i "Zwierciadła" stwierdzały, że sponsoring to żaden temat. Przejedzony, eee tam, aaa tam. Nie było wywiadów i medialnej  kaszki.

 

Mijają dwa lata i okazuje się, że... że sponsoring to jest temat! Wypowiadają się ci, oburzają inni, poddają pod refleksję jeszcze inni z gwiazdami typu Prokop na czele. Jednak...

 

No to... To jest, czy jest, być, albo nie być, pytanie stawiam wam o telelele trwam, spam, bam.

 

Przykro ci? pytam. No, trochę głupio, odpowiada.

 

Szkoda, że trzeba się nazywać, żeby móc wypłynąć. Ja już nie mam szans, George Clooney wciąż nie daje znaku życia i milczy na temat ślubu.

 

 

E.   


komentarze (5) | dodaj komentarz

Bezrobocie ciąg dalszy

czwartek, 16 lutego 2012 19:37

 

Licząc, że korki to praca (praca=poświęcanie swojego czasu w zamian za wynagordzenie w postaci materialnej, pieniędzy dokładniej), miałam do wczoraj cztery prace.

Masz pracę?

Tak, cztery.

 

Wczoraj jedną straciłam, ukochaną moją, godząc się tymczasowo wykonywać ją jednak za free, jeśli czas pozwoli (kiedyś biegłam do autobusu i kierowca czekał na mnie dość długo, jak dobiegłam, zorientowałam się, że mi wcale ten autobus nie pasuje, ale szkoda mi się zrobiło tego kierowcy, że czekał, i wsiadłam... zatem robienie tego, co się lubi, bez pieniędzy, nie jest w obliczu tamtego frajerstwa frajerstwem) I tego samego dnia zyskałam dwie. D-W-I-E nowe. Oczywiście, żadna nie jest nawet na pół etetu i nie wiem, odkąd rzuciłam trzy lata temu (fikając koziołki) koszmarną przygodę z korporacją, jak w ogóle umowa wygląda. Taka umowa związana z przyszłą emeryturą, wnukami i fotelem na biegunach. Bo na moich umowach, które schodzą mi się na pocztę trójkami, napisane jest zawsze coś o dziele, a dzieła, moim zdaniem, to Goya tworzył, bez umowy.

 

Tym niemniej trochę stresu to wszystko kosztuje, zwłaszcza, że jedna jest próbna, a druga jest trudna. Więc kciuczki, kciuczki proszę ściskać, chuchać... Musi mnie być stać na książki, kino, zapachy i buty, ale przede wszystkim na kolczyki i koraliki, względnie naszyjniki i broszki. Zwłaszcza, że, jak doniosła mi Rodzona, jej syn, dopadłszy jej szkatułki z biżuterią, której ona nie dotyka na ogół, wyciągał różne wiszące komplety i o każdym mówił z namaszczeniem "cioci", "cioci". Ona go poprawiła: "mamy". On jej odpowiedział: "cioci".

Czyli muszę trzymać fason dla niego, żeby z koralikami, którymi można się bawić, być godną towarzyszką wspólnego śledzenia przygód Krecika.

Innymi slowy: o kciuki proszę raz jeszcze, naprawdę potrzebuję tej pracy.

 

Tych prac.

 

E.


komentarze (4) | dodaj komentarz

Margaret Thatcher na kryzys

wtorek, 14 lutego 2012 13:51

 

 

Niczego nowego o filmie nie powiem. Nikt nie powie mi, czy postać Pani Damy Żelaznej oddana była przez Meryl dobrze czy nie. Bo wiem sama: na pewno nie, gdyż z zasady niemożliwe jest wierne oddanie postaci w filmie. Nikt nie powie mi, czy Thatcher, żelazną będąc, nie popełniła masy błędów, bo wiem swoje: na pewno, każdy popełnia. Odpowiem na pytanie podstawowe - warto iść do kina? No oczywiście.

 

Film jest smutny. Jest o postaci, która odchodzi, żyjąc. Demecja legendy. Babinka, którą traktują jak dziecko. Samotna. To po pierwsze.

 

Po drugie: podnosi na duchu, bo pokazuje, że... nie taka RP straszna, jak ją malują. W sławetnym parlamencie brytyjskim też kłótnie, też kariery, też prywata. Na eleganckich ulicach Starej Anglii też zamieszki i głowa pani premier z wyłupionym okiem. Też brak zrozumienia dla cięć. Zaciera taki Polak, jak ja, ręce i się cieszy, że tam też masa masą przez masę ulicami rządzi, hej.

 

Po trzecie warto dwie godziny, licząc z reklamami, siedzieć, by usłyszeć to zdanie: "Kiedyś ludzie chcieli  czegoś dokonać, dziś chcą być kimś".

Błyskawiczna refleksja. A ja chcę czego? Tego, co wszyscy, być kimś. I dlatego miło popatrzeć na kogoś od siebie fajniejszego, czyli na Thatcher via Meryl.

 

Minus: gra młodej "Thatcher". I, jak dla mnie, jeszcze za mało powyjaśnianych rzeczy. Ale rozumiem, że z wyjaśnieniami nie udałby się film, bo byłby za długi, a na to się dziś nie pozwala.

 

E.

 

Ps. Zupełnie z innej beczki, na prośbę rodorka:

http://odkrywcy.pl/kat,122994,title,Powstania-w-obozach-koncentracyjnych,wid,14251477,wiadomosc.html

 

Ps2. Z jeszcze innej - wszak Walentynki. Wyznanie Kalifa, czyli o mocy baśni

 


komentarze (5) | dodaj komentarz

Pożegnanie z czekoladą

środa, 08 lutego 2012 9:13

 

Wszystkie tabliczki, które mnie ominęły w ostatnich tygodniach, pokazują, jak zdradliwy, nieszczery jest człowiek. Wchodzę do sklepu, patrzę na batona i... nic. Zero sentymentu, jakby coś przestawiło się w organizmie, a cieknąca dotąd ślina zatrzymana została nagle przez nieznany mi gruczoł, czy inny hormon.

 

Wtedy zrozumiałam, że będę mogła kiedyś żyć bez balkonu w lecie, bez ulubionego śpiwora, bez pomnika Koziołka - choć do niedawna nie rozumiałam, jak możliwe jest w ogóle pójście spać bez powiedzenia psu "dobranoc" (a tu proszę, pies jakoś śpi i ja też, widzimy się na ogół w weekendy). I ok, od jednych rzeczy odzwyczajać się będzie trudno (jeśli zajdzie taka potrzeba oczywiście) od innych nie. Ale da się, da się. Nie jestem uwiązana, jak się cieszę, kolory wróciły na swoje miejsce. Nowy świat rysuje mi się przed oczami, kto wie, może przyzwyczaję się do świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, w jakieś kawiarni na Chmielnej, w drodze do pracy. W mojej piosence o zależnościach i uzależnieniach jedne z nich zastępować będą drugie, ale żadno nie pojawi się na stałe, bo go nie chcę na dożywotniej warcie. Panta rei.

 

Wszystko jest plasteliną, a ręce mam ja.

 

A to już półtora miesiąca, kochana, odkąd cię nie ma.  I naprawdę tęsknię rzadko. Czasem, w te wieczory, kiedy jestem sama. Ale, przykro mi, mogłabym zastąpić cię równie dobrze ciepłym, czarnym kotkiem albo muzyką Morphine.

 

E.


komentarze (8) | dodaj komentarz

Co robisz? Nie sądzę.

wtorek, 07 lutego 2012 10:57

 

Ostatnio dużo działo się rzeczy w kilku światach równoległych.

 

W świecie numer trzy nieszczęśliwe matki robiły rzeczy, od których wszyscy Polacy kręcą głową wokół własnych osi, i umierała Szymborska (co wbiło mnie w krzesło do trzeciej rano i kazało wyciągać z półki wszystko, co miałam jej wokół siebie, i tak sobie siedziałam i przeżywałam, chociaż trudno oczekiwać od osoby w wieku 89 lat, żeby nie umierała), i głupia posłanka znowu twierdziła in public way, że poeta ma obowiązki wobec narodu, a Magdalena Środa przekonywała, że nie każda kobieta chce i nadaje się do posiadania dzieci.

 

W świecie numer dwa, który na ogół dzieje się w Lublinie, publicznie musiałam opowiedzieć za tym, jak bardzo kreujemy siebie i myślałam o Erichu Frommie, który polecał, ku zdrowotności psychicznej i higieny mentalnej, zarzucić konformizm w procesie szukania własnej tożsamości i indywidualistą być, jakkolwiek puste słowo to nie jest... Bo nie wiem, czy myślimy samodzielnie, czy myślimy, że myślimy samodzielnie, ale o tym później.

W tym samym świecie piło się wino i gościło gości, prowadziło rozmowy i śmiało się, planowało zmiany i zmieniało plany, a praca zalegała, jak to praca, choć obecnie zalega jakby mniej.

 

A w świecie numer jeden, czyli tym zamkniętym pod czaszką, działy się takie harce, że ho ho. Ale te harce nie wynikają znikąd, ale biorą się ze świata trzy i świata dwa. I denerwują mnie, bo ja nie wiem. Czy powiedzieć na głos, co sądzę.

Nie wiem, co myślę o tej małolacie z Sosnowca, ale nie umiem myśleć o niej inaczej niż o nieszczęśliwej kobiecie. Mówić to na głos, wśród kamienującego ją, że tak powiem, tłumu?

Nie wiem, co myślę o Środzie, mam ją trochę za babiszona, nie lubię feministycznej ideologii, bo nie lubię żadnej ideologii, ale co poradzę na to, że trochę się z nią zgadzam? Mówić to na głos, że macierzyństwo powinno być świadome i nie należy przesadzać z zachęcaniem wszystkiego, co się rusza, do tego, by mnożyło się i ruszało po stokroć ruchliwej, bo tak „powinno być” w imię nie wiadomo czego? A ktoś może nie chcieć się ruszać i mnożyć, bo ważniejsze jest niekrzywdzenie siebie niż niekrzywdzenie mglistego, nierealnego, nienamacalnego społeczeństwa. I co wtedy?

 

Jedyne, co wiem, to przynajmniej to, że ta posłanka guzik wie o „obowiązkach”. Ale w kontekście takiej ilości wydarzeń to niewiele.

 

Choć nie, ostatnio bałam się, że jestem bezwolną owcą, a chyba tak nie jest. Nie sądzę i mogę sobie nie sądzić ile wlezie, nawet jak sądzą wszyscy, poza mną. Zwłaszcza na głos.

 

E.

 

Ps. Komentarz.  


komentarze (4) | dodaj komentarz

czwartek, 23 lutego 2012

Licznik odwiedzin:  37 117